Prolog - BerlinNie będąc do końca pewnym, co do terminu urlopu postanowiliśmy zaryzykować i pojechać właściwie „na pałę” do Berlina. Szczerze mówiąc nie ustaliliśmy destylacji – znaliśmy wyloty weekendowe z Berlina ze wszelkimi szczegółami odnośnie godzin. Czyli ogólnie ujmując nie pojechaliśmy całkiem na wariata. W ten sposób postaraliśmy sprawdzić mity i fakty jakie krążą odnośnie tanich wakacji kupowanych w niemieckich biurach.
Wyjechaliśmy z Wawy ok. 22 w nocy i po dość męczącej drodze (w tym 2 godzinna przerwa na odpoczynek), ok godz. 9 rano dotarliśmy na Tegel. Postanowiliśmy pozostawić (po paru rundkach po okolicy) samochód na jednym z parkingów lotniskowych – koszt 2.50 E za ok. 2 godz.. Tegel jest naprawdę dużym portem (przynajmniej optycznie), jednak po odwiedzeniu większości biur okazało się, że wszyscy to jedynie agenci. Na szczęście było kilka biur, w których można było kupić imprezę dostając od razu bilety i vouchery. W przedstawicielstwie 5 vor Flug, bardzo miły koleś zaproponował nam Dominikanę –Punta Canę, wylot z Schonefeld. Co więcej miał całą garść informacji odnośnie hoteli w których był, także z wyborem hotelu nie mieliśmy najmniejszego problemu. Jednak postanowiliśmy zaryzykować i pojechać jeszcze na Schonefeld, licząc na jakiegoś prawdziwego lasta bezpośrednio na lotnisku postanowiliśmy którego był wylot. Jak postanowiliśmy tak zrobiliśmy. Schonefeld jast dużo mniejsze (czemu się dziwić w końcu to byłe NRD). Na wschodnim lotnisku podobnie jak na Tegel nie było jakiś super okazji. Na pytanie: „co jest z wylotem na jutro w super ofercie ??”, podobnie jak wcześniej patrzyli na nas jak na kosmitów. Akurat Akurat hotelu, który wybraliśmy wcześniej były miejsca (a właściwie dlaczego miałoby ich nie być).
Mit: można kupić cud imprezę na lotnisku, z założeniem że jest ona za 3, 5 10 godzin, jutro. Hmmm….. co można powiedzieć, to co czytacie na forum potwierdza to co spotkacie na lotnisku. Prawdopodobnie tak jak my na hasło: „wyjazd jutro”, Niemiec patrzy się jak na osoby z innego wymiaru. „Jutro” – nie ma super last minute.
Fakt: róbcie rezerwacje prze net. Na miejscu nic taniej nie dostaniecie. Zresztą w Niemczech działa kilka systemów rezerwacji. Prawdą jest to, że każdy z nas ma do niego dostęp. Hre hre hre, looooodziska naprawdę szukajcie na sieci. To co my zrobiliśmy było warunkowane jedynie okolicznościami jakie opisałem na wstępie. Tj. brakiem pewności co do terminu urlopu. Nie mniej nic nie straciliśmy – bo nic nie ryzykowaliśmy bo i tak musielibyśmy dotrzeć do Berlina.Tak czy siak, nastawiając się na Dominikanę, kupiliśmy to co chcieliśmy. Chociaż, nasza ewentualna destylacja nie była do końca określona.
O godzinie 14 mieliśmy w rękach bilety/vouchery i całe popołudnie przed sobą. Jedyny problem to parking i ewentualne zakwaterowanie. W tej materii pomocnym okazał się człowiek z biura na lotnisku – zadzwonił gdzie trzeba – i załatwił …. nie wiem co, w każdym razie i tak były jakieś problemy. Dał nam nazwę i adres hotelu – cena 108 E za nocleg ze śniadaniem dla 2 osób oraz, oczywiście z parkingiem na 14 dni. Postanowiliśmy spróbować na własną rękę. Odwiedziliśmy znakomicie oznakowany Holiday Inn, gdzie pomimo jeszcze wyższej ceny nie gwarantowano nam przechowania samochodu. Więc postanowiliśmy pojechać z powrotem w kierunku hotelu zarezerwowanego przez człowieka z lotniska. Dość dziwny traf skierował nas przypadkowo do Hotelu Albergo (dziwna nazwa bo po włosku albergo znaczy hotel). Po starciu z dość niemiłą kobietą z recepcji ustaliliśmy, że za 78 E dostaniemy dwuosobowy pokój bez śniadania (wylot wcześnie rano, więc nie widzieliśmy takiej potrzeby) z parkingiem na 14 dni gratis, transfery oczywiście w cenie. Hotel okazał się bardzo miły w odróżnieniu od pani z obsługi, jednak posiadał jedną wadę… znajdował się przy samych torach, po których pociągi przejeżdżały regularnie co 5 min. Uwzględniając nasze zmęczenie nie stanowiło to większego problemu. Hotel ma natomiast wielką zaletę jaką jest bardzo bliskie położenie względem lotniska. Właściwie gdybyśmy nie mieli transferów, moglibyśmy przejść z tobołkami w jakieś 10 min.
Wstaliśmy rano na samolot, sprawny transfer, odprawa ….. jesteśmy w samolocie.
Rozdział I – Samolot i transferZnaleźliśmy się w samolocie. Oczywiście zgodnie z sugestią przy check in dostaliśmy miejsca przy oknie. A właściwie w rzędzie przy oknie – lecieliśmy Airbus`em 330 a barwach LTU, w którym znajdują się dwa dwuosobowe rzędy przy oknach i czteroosobowy po środku. Nie jestem przekonany do końca czy warto było, ponieważ widoki zarówno po drodze jak i przy lądowaniu nie należały do szczególnych – liczyliśmy na kilka fotek wybrzeża Punta Cany. Natomiast w środkowym rządzie zdarzało się, że na czterech miejscach siedziały dwie, a czasem nawet jedna osoba, co po złożeniu podłokietników podwyższało komfort lotu (można było wygodnie się przespać). Sam lot nie należał, pomimo 10 godzin, do jakiś szczególnie uciążliwych. Zaraz po osiągnięciu pułapu i kierunku przelotu zjawiły się stewardesy serwujące darmowe drinki. Potem na zmianę serwowano ciepłe posiłki (2 razy) i napoje – właściwie bez ograniczeń. Podróż „umilona” była dwoma średnio rozgarniętymi filmami i muzyką – wybór należał do nas oczywiście po wcześniejszym zakupieniu (2,5 E sztuka) słuchawek o jakości korespondującej z poziomem serwowanej sztuki filmowej. Dla pocieszenia należy dodać, że w drodze powrotnej było jeszcze gorzej, jeżeli chodzi o atrakcje dla ducha.
Po wspomnianych wcześniej blisko 10 godz. lotu, a właściwie to dobre 20 min ponad (ze względu na konieczność powtórzenia podejścia wywołane gęstymi chmurami) staliśmy na płycie lotniska. Terminal w Punta Cana z zewnątrz daleki jest wyglądem od tego, do czego zwykliśmy przywyknąć. Po pierwsze z samolotu czekał nas spacerek, co w sumie jest korzystne ze względu na możliwość popstrykania fotek. Po drugie budynki kryte są liśćmi palmowymi, co stanowi swoisty kontrast z stojącymi przed nimi samolotami. Zaraz przed samym wejściem powstaje długa kolejka, co dało mi możliwość zapalenia pierwszego po 10 godzinach papierosa. Po paru chwilach powód kolejki stał się jasny – każdy wchodzący, chcąc czy nie, musi zrobić sobie zdjęcie z ubranymi na sposób kreolski autochtonami. Jak się potem okazało (a co nas wcale nie dziwiło) z możliwością popełnienia zakupu za jedyne i niewygórowane 7 E . Po przekroczeniu fotoszlabanu wypełniliśmy, bardziej lub mniej poprawnie, karty turystyczne. Sposób wypełnienia zarówno dla nas jak i dla przyjmujących je celników okazał się tak samo mało istotny. Po odbiorze bagażu pozostało odnalezienie naszego rezydenta, co w odróżnieniu od poszukiwań autobusu okazało się bardzo proste. Po skierowaniu nas do pojazdu oznaczonego jako nr 10 ruszyliśmy na jego poszukiwanie. Na parkingu panuje cholerny nieład i brak jakiejkolwiek logiki – każdy staje tam gdzie chce – ale od czego są pomocnicy rezydenta. Z dość dużą pomocą w końcu zasiedliśmy w jakimś śmiesznym hiunadyu. Na szczęście miał wyjątkowo sprawną klimatyzację, a na dodatek nie byliśmy ostatni. Rezydentka przyprowadziła jakieś dwie zbłąkane owieczki, co utwierdziło nas w przekonaniu że bez nas pojazd nie odjechałby. W trakcie powitania rezydentka poinformowała nas o czekającej 40 minutowej przejażdżce do hotelu. Po drodze mieliśmy możliwość, przynajmniej z grubsza, obejrzenia hoteli, w których zostawialiśmy inne osoby. Jak się okazało jednym z nich był IFA, do którego o mały włos nie trafiliśmy (na szczęście) oraz Barcelo. Oba hotele sprawiają racej wrażenie molochów, w których w zależności od miejsca zakwaterowania można mieć naprawdę spory kawałek drogi do plaży. Po obiecanych ponad 40 min drogi byliśmy na miejscu.
Rozdział II – Hotel – pierwsze starcie Jak wcześniej napisałem, po ponad 40 min. dotarliśmy do naszego hotelu. Ogromne lobby zbudowane w stylu kolonialnym, a w nim recepcja. Przedstawiliśmy vouchery, jednocześnie przypominając o charakterze naszego „miodowego miesiąca” i oczekiwaniach co do warunków zakwaterowania. Napisałem „przypominając” ponieważ pracownik niemieckiego biura zadeklarował, a właściwie obiecał, że o takowym poinformuje hotel. Praktyka podawania się za nowożeńców jest u nas stała i w większości przypadków działała nad wyraz skutecznie (choć często zdarzały się „dodatkowe” pytania na które musieliśmy tworzyć na poczekaniu „dodatkowe” odpowiedzi). Jakiś średnio rozgarnięty pracownik wręczył nam klucze do pokoju (zgodnie z jego zapewnieniami – super), po czym dokonał jego zmiany (też dodał słówko super). Zmiana wynikała podobno z nie posprzątania pokoju, który w pierwotnej wersji był dla nas przeznaczony. No cóż bierzemy, w końcu po 10 godz. lotu należał się szybki prysznic i kąpiel w morzu (właściwie to oceanie, ale tu są spory ). Otrzymany pokój nie był w sumie zły, ale miałem do niego jakieś złe przeczucia – pusty barek!!!, dwa osobne łóżka, zepsuty pilot do TV, coś urwane w łazience itp. Nie dokonując dalszej analizy i poszukiwań jakichkolwiek plusów, udałem się z zepsutym pilotem (musiałem mieć jakiś namacalny argument – nawet mało istotny z mojego punktu widzenia), w asyście boya hotelowego (dostał 1 USD – więc stał się zaangażowanym w mój plan) do recepcji. Po miłej i wyjątkowo krótkiej rozmowie z osobnikiem, który przydzielił mi pokój byłem jeszcze bardziej wku….. . Na moje argumenty kiwał przytakująco głową, jednak efekt był żaden. Po czym zaproponował mi rozmowę z managerem recepcji. Funkcja, patrząc z mojej perspektywy, o znaczeniu zbliżonym do kierownika działu mrożonek w Biedronce, ale ….. (szkoda czasu na dalsze dywagacje)…. po przedstawieniu moich argumentów co do nie adekwatności otrzymanego pokoju do moich oczekiwań usłyszałem słówko przeprosin i nowy klucz. Po zapewnieniu, co do moich preferencji okazało się, że pokój znajduje się w budynku przy samej plaży. Czyli, reasumując, moje wysiłki okazały się całkiem uzasadnione, choć nie wiem, czy do końca na miejscu chociaż sprawę udało się załatwić bardzo sprawnie i w warunkach normalnej rozmowy, bez zbędnych uniesień względem „czarnego luda”. Pokój super. Szybki prysznic i oczywiście plaża, morze, i mały rekonesansik po hotelu. Pomimo naszej godziny ok. 24 tam, była zaledwie 18.

Co nas nie zdziwiło, ale byliśmy przygotowani na rozszerzenie dnia o kilka dodatkowych godzin. Plaża okazała się taką, o jakiej marzyliśmy – biały piasek, turkusowe morze (ocean – tu nadal spór, ale charakter i zakres geograficzny Karaibów naświetlę później), no i te …….. cudowne palmy kokosowe. Szybki skok do wody, która okazała się niespodziewanie ciepła i już czujemy te wakacje…. Nie schnąc zbyt długo na leżakach podziwialiśmy widoki. Po paru chwilach, postanowiliśmy jednak zwiedzić „kawałek” hotelu. Oczywiście zaczęliśmy od romantycznego – choć krótkiego spaceru wzdłuż plaży, po dotarciu do której końca postanowiliśmy wypłukać się pod prysznicami i wskoczyć na chwilkę do basenu. Woda cudownie ciepła jak w morzu, lekko orzeźwiająca. Nie czekając na wyschnięcie postanowiliśmy udać się do baru. Zimne piwko i drinki, a na dokładkę krążki cebulowe przywróciły chęć do życia. Po wstępnym zbadaniu hotelu, a także zawartości baru celem odreagowania podróży i wstępnych nieporozumień z zakwaterowaniem udaliśmy się do pokoju by się odświeżyć i przebrać przed czekającą nas kolacją. W między czasie zapadł zmrok. Jak ktoś wcześniej napisał na forum Dominikana pozbawiona jest wschodów i zachodów słońca, tzn z dnia staje się noc i vice versa – z czym nie dokońca się zgodzę, ale jakaś prawda w tym jest. Tak czy siak szybko robi się zarówno widno jak i ciemno. Nas zastała noc, kiedy postanowiliśmy wybrać się na kolację. Kolacja oczywiście bez żadnych ekstrawagancji typu restauracja a`la card – nie tym razem. Udaliśmy się do restauracji głównej. Drogę naszą wskazywały przepięknie oświetlone malownicze alejki. Kolacja – szwedzki stół, a właściwie mówiąc wiele szwedzkich stołów – duży wybór mięs, mniejszy ryb (co mnie całkowicie zaskoczyło, podobnie jak totalny brak innych bardziej wyszukanych owoców morza), sałatki raczej na zasadzie mix – tzn. to co pomieszasz to twoje, natomiast bardzo duży wybór ciast i innych deserów, w tym niesamowitych lodów czekoladowych (kakaowych) no i oczywiście owoców, które czasami popularne i dostępne w PL, tam smakują i wyglądają całkiem inaczej. Po kolacji jeszcze jakiś drink i sen, w końcu według czasu, przez który ostatnio funkcjonowaliśmy jest 4 rano . Tak zakończył się dzień.
Rozdział II – W końcu na wakacjachTak jak wiele osób pisało – największy problem to zmiana czasu. Szczerze mówiąc, my wstaliśmy dużo przed wschodem słońca, a sen raczej należałoby potraktować jako poobiednią drzemkę. Raczej nie wypoczęci wylegliśmy na plaże, uprzedzając wschód słońca. Właściwie to nie mieliśmy pojęcia, o której ma on nastąpić. W takich, czy innych okolicznościach – zaopatrzeni w sprzęt foto i stroje kąpielowe + ręczniki, które pobraliśmy dzień wcześniej stawiliśmy się na plaży w godzinach późno nocnych, tudzież wyjątkowo wczesnych rannych. Słońca nie było widać, a jedynie pomarańczowy odblask na niebie zwiastował jego nadejście. Nie wiem dlaczego, ale nie byliśmy szczególnie zaskoczeni widząc ludzi zajmujących leżaki. Ktoś pisał na forum, że leżaki trzeba zajmować z rana, ale rezerwację są nie tyle zabronione, co nie traktowane jako wiążące (zresztą stoją znaki o tym mówiące). Problem wolnych leżaków dotyczy w szczególności tych znajdujących się pod parasolami, na których brak hotel może szczególnie nie narzekał, ale których proporcjonalnie do liczby zainteresowanych było zbyt mało (chociaż te uwagi czytałem też na forum dotyczącym innego hotelu). Tak czy siak, rzuciliśmy graty i wskoczyliśmy do wody. Temperatur wody znacząco odbiegała na plus od aury poranka. Szczerze, miło byliśmy zaskoczeni, a sama kąpiel przy takiej choć niewielkiej różnicy temperatur stanowiła dziwne doświadczenie. Nikt nie miał ochoty opuszczać „ciepłej wanny”, jednak po chwili zaczęło świtać. Pojawiły się pierwsze promyki słońca. Odczekaliśmy parę minut….. zero efektów typu „pomarańczowa kulka” które miałem nie raz okazję rejestrować na kliszy fotograficznej. Po jakimś czasie okazało się, że cel moich upodobań fotograficznych wstał na tyle, że jego atrakcyjność wahała się w okolicach znikomej, więc odpuściliśmy sobie zdjęcia wschodu na tan dzień – nie licząc kilku fotek tak na wszelki wypadek. Ranek udany jak nic, w międzyczasie strasznie zgłodnieliśmy. Na szczęście śniadanie serwują od 7.00 (ich niego czasu). Śniadania były naprawdę cool. Oczywiście możliwość zjedzenia omletu spreparowanego według indywidualnych preferencji, czy też jajek sadzonych czy smażonych kiełbasek na prawie podobnych zasadach (mniej lub bardziej wysmażone), skromny wybór smacznych wędlin i serów typu mozzarela, chedar itp., oczywiście smażone warzywa w tym ziemniaki (de javu z Egiptu – do tej pory nie wiem jaka nacja zaczyna dzień od kartofli , ale w tej materii już wiele mi się wyjaśniło ), tosty, pancake itp. naprawdę spory wybór. Ale to zostawmy na boku, bo czym są w obliczu świeżowyciśniętych soków. Właściwie, to co mieli pod ręką to wyciskali, począwszy od arbuza i melona, po przez banany i ananasy, a na owocach tamaryndowca kończąc. Naprawdę tak wyśmienitych soków nie piłem nigdzie indziej. Właściwie to wychlewałem ich ok. 4-5 szklanek do samego śniadania. Po tak pysznym śniadaniu, które jadaliśmy na co dzień, właściwym okazała się tylko plaża i byczenie - loooooz.

W porze obiadowej mieliśmy okazję poznać naszego rezydenta. Bardzo sympatyczny Niemiec, który w dość zwięzłej formie przysposobił nam podstawowe informacje odnośnie tego co, gdzie, za ile, czy warto itp. Zgodnie z jego informacjami z Dominikany nie warto wysyłać pocztówek ponieważ nie dochodzą do adresatów. Jak potem się dowiedzieliśmy dzieje się tak, ponieważ bardzo często sprzedawane są znaczki wycofane z obiegu (było to info od pewnej Niemki – sami tego nie potwierdziliśmy). Mając to na uwadze i kwotę jaką przyszłoby nam przeznaczyć na pocztówki i znaczki postanowiliśmy nie eksperymentować na nas samych. Co do zakupów, nasze wcześniejsze ustalenia okazały się identyczne z wiadomościami jakimi chciał się z nami podzielić rezydent. Czyli ogólnie mówiąc, im dalej od hotelu tym lepiej. Szczególnie proponowanym miejscem są sklepy przy plaży. W drugiej kolejności centrum handlowe (w tym przypadku wyjątkowo duże słowo) położone niedaleko hotelu. Udzielił nam też kilku porad co do zakupów cygar typu nie kupować na mieście bo podróbki (szczególnie kubańskie) – jak się później okazało tych samych rad ale w kierunku odwrotnym udzielali nam sprzedawcy poza hotelem. Jednak o zakupach trochę później. W kwestii wycieczek, tu rzucono nam stanowczo dwie propozycje – zdaniem rezydenta cieszące się największą popularnością wśród niemieckich turystów. Chodziło mianowicie o Saonę i coś na wzór wycieczki krajobrazowej jeepami. My wprawdzie braliśmy pod uwagę Saonę jednak nastawialiśmy się bardziej na Samanę i Santo Domingo. Cóż, jak się okazało ceny tych wycieczek graniczyły raczej z absurdem. Samana organizowana wyłącznie jako impreza lotnicza koszt ok. 200 E za osobę, podobnie wyglądała sprawa Santo Domingo, które jednak posiadało tańszą wersją autokarową. Jednak podróż busem zajmowała ok. 4 godz w jedną stronę, natomiast na miejscu ok. 3-4 godz (w tym czas na obiad – pewnie też ok. 1 godz). Jak potem ustaliliśmy w rozmowie z innym rezydentem – tym razem polskiego Neckermana – byłoby to zbędnym wydatkiem, za który „dostaniemy stosunkowo nie wiele”. Nie zdecydowani na zakup wycieczek od naszego rezydenta postanowiliśmy umówić się z nim na kontakt telefoniczny, co potem okazało się dobrym krokiem. Po tak „wyczerpujących” 30 min rozmowy, udaliśmy się do punktu rezerwacji restauracji a`la card, gdzie zabukowaliśmy na godz. 19 stolik dla 2 osób w restauracji meksykańskiej.Teraz powrót na plażę i kontynuacja laby, jednak różnica czasu i wynikające z niej niewyspanie nakazały nam udać się na małą drzemkę we wczesnych godzinach popołudniowych. Ku naszemu zdziwieniu obudziliśmy się ok. 9.40. Nie mniej jednak nie chcąc tracić rezerwacji bezzwłocznie udaliśmy się na zabukowaną kolację. Na miejscu, rozbawiony naszym spóźnieniem kelner, a raczej jakiś ichni major domus, uśmiechnął się i odparł maniana. Na szczęście zmienił rezerwacją na dzień następny, my natomiast musieliśmy skorzystać z kolacji oferowanej na „warunkach ogólnych”. Na szczęście, po niej, wypoczęci, mieliśmy siły na odwiedzenie lobby baru, celem przetestowania kilku nie próbowanych jeszcze drinków. Wieczór zaowocował nowymi znajomościami i ogólnie było dość wesoło. Dziwnie to zabrzmi, ale wypoczęci poszliśmy spać .
Rozdział III – Lecucita enojava – czyli zła Lesusita vel. CarmenMinął kolejny dzień naszego pobytu. Tam czasu nikt nie liczył, a właściwie mierzyliśmy go porami od śniadania do ostatniego drinka w lobby barze. Według moich obliczeń był to prawdopodobnie trzeci dzień w raju. O czym nie miałem okazji wcześniej wspomnieć, nasz pokój podlegał codziennemu sprzątaniu połączonemu z ceremoniałem wywijania ręczników w łazience oraz wszystkiego co było na wierzchu w przedziwne stwory, które dodatkowo upiększane były kwiatami, świeżo zerwanymi na przyległej do naszego budynku rabacie. Plus – bardzo miło, minus – kupa jakiegoś robactwa, typu mrówki, które szybko rozprzestrzeniały się po całym pokoju. Sprawczynią wspomnianych atrakcji (zgodnie z wizytówką jaka znajdowała się w naszym pokoju) była niejaka Carmen, którą ze względu na charakterystyczny strój rodem z najznamienitszych produkcji brazylijskich nazwaliśmy Lucecitą [lesusita]. Talenty i zaangażowanie naszej pokojówki wydawały się wprost proporcjonalne do częstotliwości zostawianych napiwków. Szczerze mówiąc nie zainwestowaliśmy zbyt wiele, ponieważ nie mieliśmy zamiaru jej rozpuszczać. Nie mniej tego dnia chcąc odegrać rolę nawróconego Leoncia postanowiłem pozostawić kolejny bakszysz. Sięgam do portfela, w którym przechowywałem środki pieniężne zarezerwowane na ten cel…… i w tym momencie stwierdzam, że portfel jest pusty. Na szczęście jego skromna zawartość posiadała przeznaczenie jedynie na cele napiwkowi, w związku z czym suma był raczej skromna. Większe kwoty dokładnie ukryliśmy w przeróżnych zakamarkach, zakamarkach, o których czasem zapominaliśmy. W związku z tym brak w portfelu 12-16 E stwierdzony drugiego dnia potraktowałem na zasadzie: schowałem, ale nie pamiętam gdzie. Nie mniej jednak ubytek z portfela 8 USD w banknotach o nominale 1 USD każdy stał się nad wyraz widoczny. Kasa, która zginęła nie stanowiła majątku – w sumie to pare E i USD, jednak chcąc w jakiś sposób zareagować na sytuację oraz celem zaznaczenia faktu kradzieży postanowiliśmy zgłosić zdarzenie obsłudze hotelu. Bardzo miła kobieta, oczywiście przyjęła zawiadomienie, wezwała hotelowego detektywa (coś a`la kupaż Cluoso i Psiego Detektywa) oraz oczywiście zaproponowała wynajęcie sejfu . To średnio miłe doświadczenie stało się jedną z zabawniejszych historii, jakie przeżyliśmy na Dominikanie. W tym momencie możecie śmiało zamknąć oczy i wyobrazić sobie kolesia, który przeprowadza dochodzenie………. Psi Detektyw, ale o obniżonym stopniu skuteczności – hre hre hre. Do tej pory, jak wspominam jego metody śledcze dostaję dziwnego grymasu rozbawienia na twarzy. A wszystko wyglądało tak: Po wejściu do naszego pokoju Ace właściwie nie wiedział co ma robić, ani o co nas pytać, a na pewno już w jakim języku – więc chwilkę odczekaliśmy na innego pracownika hotelu – kobietę z obsługi klienta. Po czym i za jej pośrednictwem, podjął czynności dochodzeniowe. Seria szybkich pytań typu czy byliśmy na zakupach itp. Oczywistym było, że przez 3 dni ledwo poznaliśmy hotel, a co tu mówić o jakiś wyjściach na zakupy – pierwszy ślad, wbrew jego założeniom odpadł. Więcej pytań nie miał. Natomiast dalsze kroki powodowały nie tylko nasz, ale też śmiech Pani z recepcji. Oględziny miejsca zbrodni rozpoczął od dokładnego przeszukania poszkodowanego – portfela. Zrobił to dokładnie cztery razy – pomimo moich wyjaśnień gdzie znajdowały się pieniądze. Dalej zaczął dokładnie badać zawartość szuflady, w której znajdował się zubożały portfel. Na nasze nieszczęście zabraliśmy sporo książek (wakacje to jedyny czas kiedy można nadrobić zaległości), i w tym momencie……… Ace dobrał się do książek, kartkując, PODKREŚLAM KARKUJĄC, każdą z nich. Zajęło to większość czasu z prowadzonego śledztwa. Po upływie naprawdę dłuższej chwili ponownie zerknął, niedowierzając, do szuflady. Nic, a właściwie co miało w niej być – pieniądze?!?!?! Przecież ich przed nim nie schowałem . W tym momencie odwrócił się do nas, spoglądając jak stonka w opryskiwacz, i stwierdził, że w szufladzie nie ma pieniędzy. Też mi nowum – jakby były nie wzywałbym go. Ale nic, wielkim zainteresowaniem obdarzył pozostałe szuflady, w tym tą zawierającą bieliznę. Chciał bardzo ją przeszukać (diabli wiedzą po co – nawet my nie wpadliśmy, żeby tam ukryć kasę) jednak nie wiedział za bardzo jak ma się zachować, więc odpuścił sobie. Jeszcze krótki rekonesans po pozostałych szafach i wynik śledztwa….. pieniądze zostały skradzione!!! – kolejny Kolumb. Oczywiście w między czasie Pani z obsługi (recepcji) wyjaśniła nam, że zatrudniają ok. 700 osób personelu, i że nie są w stanie ustalić sprawcy, a ich działania sprowadzają się najczęściej do zgłoszenia zdarzenia Policji i zwolnienia podejrzanego pracownika – zapewniając nas przy okazji, że na jego miejsce czeka 100 chętnych. Jednak dla nas to nie wytłumaczenie ani rozwiązanie problemu.

Opisując zajście nie chcę tutaj, ani robić z Dominikańczyków złodziei, ani siebie kreować na osobę w jakiś sposób poszkodowaną. Każdy w tym momencie pewnie powie: „trzeba było wynająć sejf sknero”. Ale prawda leży, jak zwykle, gdzieś po środku. Po pierwsze zgłaszając kradzież nie nastawiałem się na zwrot pieniędzy przez hotel, który oczywiście za nie nie odpowiadał, zresztą jak wszędzie. Kwota, którą straciliśmy i tak była przeznaczona na napiwki itp. Należy jednak pamiętać, że Dominikańczycy mają wyobrażenie o turystach odwiedzających ich kraj za multimilionerów. Hotel, za który płacimy dla nich to kwoty nie wyobrażalne. Na wyspie, nie ma co ukrywać, panuje straszna bieda, widoczna na pierwszy rzut oka pod warunkiem, że pojedziemy dalej niż do ichniego centrum handlowego (to nie Blue City, Promenada czy Arkadia itp). Moim zdaniem, dla biednej pokojówki, w jej średnim rozgarnięciu, podciągnięcie paru USD czy E, wydawało się niezauważalne. I co faktycznie było w przypadku E. Nie mniej zgłoszenie zdarzenia i akcja – rozmawiał z personelem – Psiego Detektywa wywarła skutek w postaci tego, że nie mają do czynienia z zapitymi turystami, których można okradać do woli. Zresztą, jeżeli podciągałaby nam po 1 USD czy E prawdopodobnie tego faktu nawet nikt by nie odnotował. Natomiast jej bezczelność sięgnęła zenitu. Idąc dalej tym wątkiem hotel powinien powziąć informacje co do osób zatrudnianych – na miejscu wypełniacie sporo ankiet dotyczących waszego zadowolenia itp. Co do kwestii wspomnianego sejfu, według informacji jakie mieliśmy Dominikana jest jednym z bezpieczniejszych krajów w regionie. Sam sejf to wydatek zbędnych 15-18 USD za tydzień (różnie podawali w samym hotelu). Poza tym te parę groszy jakie straciliśmy to nic w porównaniu do wartości sprzętu FOTO i VIDEO, a którego zmieszczenie w naprawdę malutkim sejfie było niemożliwością. Ok. ktoś powie, że tego nam nie ukradną, ale pamiętajcie, że strony urzędowe Dominikany promujące wyspę określają ją jako najbezpieczniejszą w rejonie i za taką ją uważaliśmy. Sytuacja w sumie nie miła choć zabawna, nie umniejszyła naszych zasobów finansowych w sposób szczególny i nie wpłynęła na ogólne zadowolenie z wyjazdu. Jakie kroki podjęto w stosunku do podejrzanych także mało nas obchodziło, chociaż nie było naszym zamiarem pozbawiania nikogo pracy. Efekt był natomiast taki, że po „śledztwie” Psiego Detektywa personel raczej był uświadomiony, że podciąganie pieniędzy (przynajmniej w naszym pokoju) nie jest niezauważalne. Niestety postanowiliśmy, że w związku z przejęciem budżetu napiwkowego, nie będziemy dawać bakszyszy pokojówkom – bo już same sobie wzięły, co raczej nie wpłynęło negatywnie na jakoś świadczonych usług. Wprawdzie przestały pojawiać się świeże kwiaty, ale plusem tego była prawie całkowita absencja mrówek. Chociaż, z drugiej strony nie wiem czy brak kwiatów nie wiązał się z dezynfekcją pokoi o czym oczywiście zostaliśmy powiadomieni na piśmie przez recepcję hotelu. Reszta dnia upłynęła raczej na wesoło. Historia opisująca zmagania Psiego Detektywa z trudną materią śledczą stanowiła wątek przewodni wielu kolejnych dni. Nie mniej Lecucita pozostała synonimem wykwalifikowanej sprzątaczki, zarówno w dziedzinie wywijania dziwnych stworzeń z ręczników i wszystkiego co jej wpadło w łapy, ale także mistrzynią w podbieraniu pieniędzy – na Gangach Nowego Jorku analogiczną osobę, jak pamiętam, nazywano „turkawką” . Co nam zostało zrobić więcej tego dnia niż zabawić się na koszt hotelu . Ale całkiem na poważnie ten dzień właściwie upłynął jak kilka wcześniejszych głównie na plażowaniu.
Rozdział III – Odkrywanie „ukrytych” zalet hotelu.Jak wcześniej pisałem pierwszego dnia zaspaliśmy na zarezerwowaną kolację w meksykańskiej a`la card, co skutkowało jej przesunięciem na następny dzień. Czyli w stosunku do ostatniego rozdziału musimy cofnąć się nieco w czasie – dokładnie o jeden dzień.Zgodnie ze zmianą stawiliśmy się punktualnie. Restauracja bardziej wyrazista w wystroju niż główna, jednak trudno byłoby zarzucić jej posiadanie specyficznego klimatu czy chociażby meksykańskiej atmosfery. Nie mniej, wspomniany już, major domus, tym razem witając nas nie rzucił stałego „maniana” i szybko wskazał nam stolik. Oczywiście zaraz po zajęciu stołu, zaproponowano nam napitki – właściwie te same co serwowane w restauracji ogólnej. Po czym na naszym stole wylądowała wielgachna dzielona micha tacos z różnymi sosami. Micha wprawdzie wielka, ale ………… plastikowa, co raczej nie przemawia na plus. Nie mniej po analizie karty ustaliliśmy menu dla każdej osoby z osobna. Obsługa może i miła, ale totalnie nie pozbierana. Początek zgodny z zamówieniem, natomiast danie główne… hmmmm ….. dostałem w ogóle inną potrawę niż zamawiałem. Nie mniej można nieźle podjeść, co owocowało ucieczką z deseru. Podczas kolacji zauważyliśmy pewnego „osobnika”, który wcześniej starał się nawiązać z nami kontakt. Prowadzony nieomylnym instynktem, w jej trakcie, podszedłem i zaproponowałem wspólnego drinka po kolacji. Jak się potem okazało było to jedno z lepszych poczynań podczas naszego pobytu. I w tym momencie pozdrowienia dla ciebie Mareczku. Fakt faktem, że poznaliśmy się wcześniej jednak jakoś nie udało się nawiązać stałej znajomości podczas przelotnych „cześć” przy posiłkach. Po miło spędzonym wieczorze przy paru drinkach w lobby barze nasza znajomość rozwinęła skrzydła – na szczęście znaleźli się ludzie, dzięki którym można było weselej spędzić czas. Prostując, Marek, okazał się jednoosobową brygadą turystyczną, która po zawodzie na swoich planowanych (wprawdzie w innej destynacji) postanowiła wybrać się samotnie do nieznanego kraju. Dla mnie to troszku zaskoczenie, jednak podziwiam odwagę i oczywiście otwartość na ludzi, która w efekcie zaowocowała znajomością. Nasz nowy kompan okazał się nie tyle osobą nie tuzikową, co władającą tak samo „wypaczonym” poczuciem humoru co my, a co sprawiło że podczas całego pobytu częściej się śmialiśmy niż byliśmy tylko zadowoleni na zasadach ogólnych. Pierwsze spotkanie upłynęło w bardzo miłej atmosferze, do naszej trójki przyłączył się zapoznany przeze mnie tzw. Polski Niemiec wraz z córką. Na nasz nieszczęście oboje z jakimiś kompleksami, on, że traktujemy go jak Niemca, chociaż, nie wiem o co mu chodziło – raczej na pewno o podkreślenie przez niego samego wyższego statutu majątkowego, który i tak nie korespondował z naszymi zaletami ogólnymi, ona właściwie to niemowa, której kompleks raczej sprowadzał się do faktu, że nie ma z kim się przespać. Tak czy siak nie mieliśmy dużego wyboru, co do turystów polskojęzycznych. Wieczór udany, pa lulu.
Z Markiem spotkaliśmy się następnego dnia na plaży. Wprawdzie ja byłem dużo wcześniej – jeszcze nie załapałem nowego rozkładu jazdy dzień - noc – celem kąpieli przed wschodem słońca oraz zajęcia leżaków. Po czym musiałem wrócić do pokoju by zabrać moją „prawie” lepszą połowę na śniadanie, na szczęście serwowane od 7.00. Śniadanie w opisie jak wyżej.Nie mniej prawie bezpośrednio po nim nasze ciała wygrzewały się pod karaibskim słońcem.Dzięki informacjom pozyskanym od Marka, zmieniliśmy miejsce lanchu z restauracji głównej (obowiązek stroju jak na kolację) na mniej zobowiązujący bar przy plaży.„Koryto” to samo, jednak atmosfera dużo zdrowsza, i co więcej w kąpielówkach. Co więcej, zajmując miejsce w czymś na wzór tarasu – rotundy, masz przepiękne widoki na morze (ocean). Przy wspólnym lunchu postanowiliśmy zbadać wycieczki oferowane przez inne biura znajdujące się na terenie hotelu. Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy z tą modyfikacją, że przed kolacją postanowiliśmy zwiedzić tzw. centrum handlowe (buuuhaaaahaaaahaaa). Wczesnymi godzinami przed kolacjowymi spotkaliśmy się w pełnym rynsztunku w lobby hotelu. Wszyscy na miejscu zbiórki – lista uczestników w komplecie. Aby dotrzeć do centrum czekał nas miły spacerek do „szlabanu”. Należy pamiętać, że rozległość nie tylko naszego, ale i innych kompleksów uwarunkowane jest zapleczem jakie hotel musi posiadać by zapewnić sobie samowystarczalność. Przede wszystkim chodzi tu o miejsca noclegowe dla personelu, oczyszczalnię ścieków (na szczęście nie śmierdzi – choć mam pewne wątpliwości co do „dziwnych zapachów” jakie mieliśmy okazję poznać) oraz własnego źródła energii – w tej kwestii nie miałem zamiaru prowadzić osobnego śledztwa. Tak czy siak spacer ok. 3 – 5 min z recepcji. Po drodze na szczęście można pstryknąć parę fotek obeschniętych badyli (drzew) i tzw. roślinności namorzynowej – to ten sam shit, za którego oglądanie zapłacicie na wycieczce. W sumie to „zaoszczędziliśmy”. No nic, mijamy szlaban, i stajemy przed prawdziwym światem – ale turystycznym. Centrum handlowe – jak pisałem to raczej czworak dworski w ścianach którego zajęcie znalazł co drugi melepeta w okolicy. Oczywiście naciąganie, wciąganie oraz wszystko co możliwe byśmy dokonali zakupów. Dla nas klimat raczej już dobrze poznany, w północnej Afryce, chociaż ze zróżnicowanym zaangażowaniem sprzedawców. W każdym razie przyzwyczajeni do specyficznej „reklamy i pogoni za klientem” postanowiliśmy zlustrować zawartość sklepów. Hmmmm niespodzianki nie było, jak zwykle te samo badziewie oczywiście co sklep to wyższa cena. Po zapoznaniu się z ofertą handlową miejscowych sklepów udaliśmy się do w miarę taniej internet-cafe. Ceny stosunkowo, a właściwie dużo niższe. W hotelu 30 min. kosztuje 7 USD natomiast na mieście płaciliśmy 3 USD za ten sam czas. Kilka maili sprawdzenie poczty i powrót. Kolacja w ogólnym barze. Jak zwykle smacznie ……
Rozdział IV – zakupy , nie koniecznie realizowane w powyższym czasie.W tym momencie pozwolę sobie na dywagację odnośnie cen pamiątek. Moim zdaniem nie ma nic (poza kilkoma wyjątkami) do kupienia co stanowiłoby jakąkolwiek wartość do zainwestowanych pieniędzy – zresztą namordowałem się na ten temat na innym wątku (strefa wolnocłowa, czy coś takiego).
CYGARA
Co do cygar, możecie naprawdę dobre, a na pewno nie „bananowe” kupić w fabryce położonej ok. 10-15 min. spacerem od „szlabanu”. Wystarczy iść cały czas prosto, mijając pierwsze skrzyżowanie (i po prawej tzw. centrum handlowe), aż dojdziecie do kolejnych sklepów umiejscowionych po prawej stronie. Sposób drugi to wziąć skuter, za parę groszy, którym was dowiozą. Jednak, by być obsłużonym w pełnej krasie, proponuję uzgodnić wypad, traktowany jako wycieczkę, z rezydentem. Po pierwsze, nie narażacie się na spacer w upale (choć nie wiem do której działa manufaktura), po drugie na minimalne koszty transportu lokalnego (jak nie wytargujecie to zapłacicie jak za mokre zborze – cena możliwa to 1 USD w dwie strony). Ustalenie z rezydentką da wam kilka plusów – podjeżdża po was „fabryczny” (klimatyzowany) samochód oraz macie „pokazówkę” jak się robi cygara – a właściwie wykonuje (chociaż to nadal pokazówka), jak je palić, jakie są ich rodzaje itp. plus oczywiście możliwość testowania. Nie przejmujcie się – próbujcie zarówno normalne, jak i mild`y, bo wszystko za free. Ja oczywiście stałem się mądry dopiero po czasie – spaliłem tylko jedno. Tam nie ma zasady zapaliłeś i kupuj. Cygara są oczywiście w różnych rozmiarach, nie mniej podział na „moc” stanowi tutaj podstawowy wyznacznik smaku. Ceny są naprawdę różne w zależności od liczby zakupionych sztuk wahają się od 4,75 E - najmniejsze do bodajże 15 E za sztukę – za za większe). Cena 4,75 E dotyczy oczywiście zakupów powyżej 100 szt. (trochę kosmos) ale za 1 sztukę zapłacicie 5 E – za cygaro a nie cygaretkę. Takowe można kupić za dużo mniejsze pieniądze i są sprzedawane na paczki. Polecam tam zakup paru cygar typu mild – bo są naprawdę dobre, ale tylko z przeznaczeniem dla siebie.

Cena na pewno nie jest mała, ale na suweniry proponuję zakupy gdzie indziej. Na każdym kroku, będziecie mieli wiele propozycji zakupu cygar. Zdania są różne. Właściwie to, ci co dilują w hotelu mówią, że poza nim sprzedadzą ci „banana”, i vice versa. Prawda jest gdzieś po środku. Prawdopodobnie ten sam shit kupicie i tu i tu. Raczej nie sądzę, że można dostać kubańskie cygara na plaży, czy w innych sklepach. Ale o Habanas, troszku później. Natomiast na pewno nie kupiłbym cygar w wielu sklepach. Istnieją sklepy, w których istnieje klimatyzacja i nawilżanie itp. Nie mniej nie budziły one mojego przekonania. Ale moja opinia, nie musi mieć wpływu na Wasze wybory. Prawda jest taka: w każdym sklepie sprzedadzą wam Monte Chisto czy Romeo & Juliet. Jaka jest jakość – hmmmmmm bardzo różna. W sklepach z klimą na pewno są świeższe, pod warunkiem że oryginalne. Właściwie dotyczy to wszystkich cygar, także dominikańskich. Tak, czy siak nie macie pewności co do pochodzenia cygar w ogóle, więc chcąc zachować jakość raczej kupcie parę sztuk w jakiejś markowej manufakturze –„Domenica” jest naprawdę „smaczna”.Jedyne, co jest pewne możecie zawsze „ zabrać” paczkę, a właściwie wcisną ją wam, z możliwością zapłaty następnego dnia. Sorry, ale to nie mój sposób działania, jednak dla osób bardziej „obrotnych” znakomite źródło oszczędności . Może ktoś zreflektuje, ale nie chcę się wstydzić za krajanów, z drugiej strony to mnie też tam nie dość, że chcieli oskubać, to de facto okradli. Wasz wybór na kogo wyjdziecie. Cygarowe „souveniry” polecam zakupić na lotniskach w wolnocłówkach. Ja nie nastawiałem się na konkretny „model” cygara, czy na jego power lub pochodzenie. I szczerze mówiąc, nie miałem zamiaru dokonywać zakupów z przeznaczeniem a`la souvenir. Dylemat rozwiązał się na lotnisku. Okazało się, że za parę dolców można kupić podobne nie określonego pochodzenia cygara. Hawana, …. Habana, nie wiem skąd ale można zrobić porządne zakupy. Za 5 USD dostaniesz 5 sztuk indywidualnie zapakowanych w folię – super na prezent, bez warunku czy dajesz całą paczkę, czy mniej lubisz obdarowywanych. Co do cygar, wchodźcie do sklepów !!!Koniecznie !!! Nawet jak nie macie ochoty akurat w tej chwili zapalić, pamiętajcie, że cygara zawsze dostaniecie do próbowania. Nie musicie ich palić przy sprzedawcy, weźcie je ze sobą i zapalcie po kolacji do drinka. Jak nie smakuje wywalcie – zawsze macie inne w zapasie.
RUM i inny alkohol
Rum i alkohole są ogólnie dość tanie. Oczywiście jeżeli jako wyznacznik przyjmiemy ceny cygar , ale ……… to już przerabialiśmy. Szczerze mówiąc to ceny są porównywalne do naszych krajowych podróbek. Ale nie ten sam smak i oczywiście jakość. Jedną z najpopularniejszych marek runu jest Barcelo. Najtańsze i zarazem całkiem sympatyczne buteleczki o pojemności 0,375 można kupić w markecie za 70 peso. Niemniej jednak proponuję biały rum tejże firmy jednak o mocy 75 % - cena nieco wygórowana ale warto zapłacić ponad 300 peso za 1 litr. Natomiast dość fajny rum, zwany ma miejscu „rom” w ciekawie zapakowanej, a właściwie zawiązanej butelce można nabyć za ok. 150 peso za 0,75. Rum powiedzmy ogólnie, jest raczej w dostępnych cenach, chociaż te które podałem dotyczą marketu położonego niedaleko restauracji Capitan Cook. Rum dostępny jest wszędzie, także w sklepach z pamiątkami, ale tam musicie się targować, a zakup oczywiście należy do korzystnych jak weźmiecie większą ilość rzeczy. Co do innych alkoholi to raczej proponuję spasować. Wszystko pochodzi z importu, poczynając od hiszpańskich win, a na polskiej wódce kończąc – serio, serio Belweder jest łatwo dostępny.
OBRAZYHmmmmm, na ten temat raczej nie chciałbym się wypowiadać. Zrobiłem to na innym wątku i zostałem skarcony. Cały spór raczej dotyczył gustów – a nie warsztatu dominikańskich „mistrzów” pędzla. Jednak nie widziałem w okolicy nikogo z obciętym, czy choćby zabandażowanym uchem. Ale co tam, moim skromnym zdaniem raczej bałach poparty raczej rutyną w wykonywaniu czynności wielokrotnie powtarzanych, niż jakiekolwiek, nawet minimalne dzieło sztuki. Średnio rozgarnięta małpa niepełnosprytna umysłowo prawdopodobnie namazała by coś podobnego. Chociaż podczas rozmów wiele osób zarzucało mi obrazę małp. Prawdopodobnie mieli rację. Nie mniej twierdzę, że widziałem kilka malunków, które były dość ciekawe zarówno kompozycyjnie jak i kolorystycznie. Szczerze mówiąc zainteresowały mnie obrazy stanowiące swego rodzaju mozaikę odzwierciedlające najczęściej postacie, przy czym charakteryzowały się one dość ciekawym zestawieniem barw. Na szczęście zakup miejscowego „WANGOGA” (piszę specjalnie dla podkreślenia walorów estetycznych) nie dotyczył mnie. Jednak jak napisałem na początku, są osoby o odmiennych zapatrywaniach. Ja osobiście miałbym opory przed zaśnięciem w pokoju ozdobionym takowymi malowidłami. O dziwo lub niestety niektórzy postanowili zainwestować w takie bezeceństwa ….. może odpadnie autorowi ucho, wartość wzrośnie…..Z braku zainteresowania malunkami nawet nie pytałem o cenę, dlatego jej nie podaję.
KOSZULKIMiła i adekwatnie tania pamiątka. Koszt 5 – 8 USD. Ale zdarzają się też i za 12 – 15. Kwestia gustu i zdolności negocjacyjnych o czym później.
MUSZLE itp.Na plaży kilka razy dziennie możecie spotkać autochtonów oferujących muszle czy rozgwiazdy. Niestety zła wiadomość z wyspy nie można wywozić muszli większych od pięści. Dominikańska odprawa jest wprawdzie dość, jakby to powiedzieć głupia i nie ma roentgena, więc raczej możecie ryzykować. Natomiast z tego co wiem bardziej wnikliwa jest kontrola wjazdowa i oczywiście zakazy co do wwożenia różnych rzeczy, przede wszystkim pochodzenia organicznego jaka obowiązuje w Europie. Nie mniej tych przepisów nie znam, chociaż wstyd ze względu na wykonywany zawód. Wydaje mi się jednak, że warto zaryzykować. Potężne muszle – naprawdę giganty – o ile nie wyłowicie ich sami na rafach, zawsze możecie zakupić za startową cenę 5 -8 USD.
KUBKITen wątek zamieściłem z prostego i w pełni uzasadnionego powodu. Pazerność czarnego luda, a właściwie jego wyobrażenie o waszej wyższości finansowej (co jest stwierdzone nawet przez moją skromną osobę). W chwili wejścia do sklepu – rasowego dla turystów – nie mieliśmy określonego przedmiotu pożądania. Nie mniej, Markowi (pisałem o nim wcześniej) „wpadł w oko” kubek. Coś w klimacie „Dominikana” tudzież z rozszerzeniem o rok, lub zarys konturów wyspy itp. Według nas średni rarytas ale jak się nie ma …… . Postanowiliśmy zapytać o cenę. Nasze pytanie nie zostało długo bez odpowiedzi natomiast to co usłyszeliśmy przebiło wszelkie założenia co do pazerności czarnego luda. Cena jak dla nas 100 PLN (oczywiście po przeliczeniu z peso). Nogi nam się ugięły, zrobiło się ciemno przed oczami……. No cóż mamy pomysł na bussines. Kubek chodzący w pośrednim supermarkecie na promocji to ok. 0.99 PLN ma tutaj właściwie nie realną przebitkę. Fakt faktem był opatrzony odmiennym wizerunkiem, jednak to zawsze tylko kubek. Piękny kraj wielu wielkich możliwości…. , natomiast nie widzieliśmy zbyt wielu idiotów nabywających takie códeńka. Ale zdarzały się perełki. Nie jaka „Bułgarka” – autentyczna lecz legitymująca się polskim paszportem, bardzo często popełniała zakupy w centrum handlowym. Kupowała właściwie wszystko co było jej mniej czy bardziej potrzebne. Z każdych zakupów wracała z jakimś dziwnym grymasem sygnalizującym stosunkowo duże wydatki. Jak się potem okazało była jedną z najlepszych klientek sklepów w centrum. Co jej chcieli wcisnąć to kupowała, a właściwie za taką cenę jaką zaproponowano.
INFO OGÓLNE O ZAKUPACHJak napisałem na początku na Dominikanie nie ma co się raczej nastawiać na jakieś konkretne zakupy. Ja zdecydowałem się na rum i cygara, inni kupowali miejscowe dzieła sztuki…. No cóż kwestia gustu, jak kiedyś powiedział Kazik Staszewski: „ Jeden lubi jak mu marsza grają, drugi jak mu nogi śmierdzą”. Ocenę pozostawiam wam. Jedno o czym radzę pamiętać to targowanie się – zawsze i wszędzie.
Rozdział V – SaonaPo rozważeniu wielu propozycji wycieczek w końcu zdecydowaliśmy się na Saonę. Jak nam zareklamowano, to jedna z najpopularniejszych imprez zakupywanych przez Niemców. Akurat ten argument nie tyle nie przemawiał „za”, co wzbudził nasze obawy co do właściwości popełnionego wyboru. Wycieczka była jedną z tańszych w ofercie Neckermanna. Oczywiście wcześniej porównaliśmy oferty innych biur. Wybór padł na Saonę, ponieważ miejsca upatrzone wcześniej okazały się zbyt drogie. Samana ponad 200 E, Santo Domingo podobnie. Oczywiście oferty robione pod niemieckich wygodnych turystów – obie samolotem. Istniała oczywiście, w przypadku Santo Domingo, dużo tańsza wersja autokarowa, al. Zostaliśmy do niej skutecznie zniechęceni. Na pocieszenie zostawiliśmy sobie możliwość wykupu wycieczki do Hiuguey i okolic. Jeżeli chodzi o ceny to naprawdę strasznie wysokie, nawet jak dla dobrze zarabiających Niemców. Wielu z nich twierdziło, że nie jadą na żadne wycieczki bo są strasznie drogie. My jednak postanowiliśmy zaryzykować, szczególnie po zapewnieniach, że zobaczymy „prawdziwe” Karaiby.
Wyjazd 7.30, czyli mamy czas na zjedzenie śniadania. Po szybkim posiłku, punktualnie stawiliśmy się na miejscu zbiórki. Autokar a właściwie bus pojawił się z lekkim opóźnieniem. Poślizg uzasadniony był zbieraniem ludzi z innych hoteli, a jak wiadomo zawsze coś może się zdarzyć. Po drodze do portu, a właściwie plaży przy której cumowały łodzie, zatrzymaliśmy się raz celem przegrupowania. W porcie-plaży musieliśmy chwilkę poczekać na swoją kolejkę. Nie mniej liczba i wielkość samych katamaranów robiła wrażenie. Chwilka na parę fotek, i wsiadamy do łodzi, które dowiozą nas do katamaranu. Oczywiście miłe powitanie przez sympatyczną załogę. Po „usadowieniu się” na łodzi, zostaliśmy uraczeni cuba libre – nawet nie trzeba było iść do pokładowego barku. Oczywiście wszystko A.I. Początkowo płynęliśmy na silnikach, jednak po pewnym czasie w dość widowiskowy sposób przeszliśmy na napęd naturalny. W bardzo sympatyczny sposób męska część wycieczkowiczów została zaprzęgnięta do wciągania żagla. Wielki entuzjazm ochotników został nagrodzony kolejną kolejką cuba libre. Po drodze kilka „pysznych” widoczków, w tym wybrzeże okolic Bayohaba. Miejsce naprawdę przepiękne. I już jesteśmy na Saonie. Wyspa pomimo zapewnień o prawdziwych Karaibach nie zrobiła wrażenia. Właściwie to ładniejsze widoki mieliśmy na hotelowej plaży, bez konieczności ruszania tyłków. Ale co tam pieniądze wydane pozostaje cieszyć się miejscem. Po poznaniu harmonogramu pobytu na wyspie oraz licząc na widoki podwodne swoje kroki skierowaliśmy na plażę. Woda cieplutka, plaża taka sobie, zresztą jak widoki podwodne. Po ponad godzinnej kąpieli zgodnie z instrukcjami udaliśmy się w kierunku prysznicy. Jak się okazało pomyliliśmy kierunki więc postanowiliśmy powziąć informacje u miejscowych. Ci sympatycznie wskazali nam drogę, lecz po pary krokach zostaliśmy zagadnięci propozycją skorzystania z ich „łaźni”. Drewniany kołek robiący za kran i wielce romantyczne wiadro do polewania. To była jedna z większych atrakcji imprezy. Po wesołym prysznicu nastał czas obiadowania. Jak się spodziewaliśmy oczekiwały nas grille oraz dodatki serwowane w formie szwedzkiego stołu. Po miłym posiłku i drinku wsiedliśmy na nowe środki przemieszczania.

A dokładnie zajęliśmy miejsca na płytkokadłubowych (o ile tak się nazywają) łodziach. Sprzęcik całkiem wypasiony – łódka płytka, ślizgająca się po falach, wzbogacona dodatkowo o dwa „miłe” 200 konne silniczki. Ruszyliśmy, atrakcja niesamowita. Łodzie skaczą na falach, my w pierwszym rzędzie właściwie nic nie widać, musimy zakrywać oczy żeby pilnować „listy obecności”. Na szczęście wpadliśmy na pomysł założenia masek „płetfonurkowskich” (jak kiedyś powiedział mój znajomy), które mieliśmy w torbie pod nogami. Po założeniu ich widzieliśmy lepiej, właściwie to cokolwiek dostrzegaliśmy przez góra 10 – 15 sekund. Co chwilka konieczne było przetarcie masek. Naprawdę ta część wycieczki zaliczylibyśmy do najatrakcyjniejszych – wrażenia rodem z najlepszych lunaparków. Skaczące na falach łodzie, pędzące z niesamowitą prędkością co chwila zmieniały „tory jazdy” przecinając sobie na zmianę drogę. Przy tych prędkościach robiło to ogromne wrażenie. Po kilkudziesięciu minutach „wygłupów” na falach zatrzymaliśmy się na kąpiele w tzw. wannie Dominikany. Po zacumowaniu jakieś 300 m od brzegu, natchnęliśmy się na miejscowego osobnika dilującego (oczywiście na potrzeby zdjęć) rozgwiazdami. Kilka ładnych fotek i już jesteśmy w wodzie, a właściwie w wannie . Woda płytka ok. 130 – 140 cm od dna – stąd ta nazwa – Wanna. Po zanurzeniu się w idealnie przezroczystej wodzie zza naszych pleców usłyszeliśmy nawoływanie do odebrania kolejnego poczęstunku. Oczywiście Cuba Libre. Drink ok. – bardzo sybki bo szkoda na niego czasu i zaopatrzenie w sprzęt do snoorkingu ruszyliśmy na podbój wanny. W końcu skoro widzieliśmy autochtona z rozgwiazdami to prawdopodobnie znajdują się gdzieś pod wodą. Ku naszemu zdziwieniu pod wodą było tylko kilka kępek zarośli, co wzbudziło nasze podejrzenia co do pochodzenia prezentowanych nam rozgwiazd. Jednak po kilku minutach eksploracji dna, a właściwie kępek podwodnych badyli, w jednej z nich przyjaciel tow. Marek odkrył to czego poszukiwaliśmy. Przepiękna, słonecznie pomarańczowa, wielka rozgwiazda. Nie wiem dlaczego, ale padło na moją osobę, jako tą która miała ją wyciągnąć. Nie wiem czym powodowani współtowarzysze podjęli takową decyzję. Stworzenie w końcu nie gryzie. Po wyłowieniu cała seria fotek… i już mieliśmy oddać ją matce naturze, gdy o stworzenie zapytali nas inni współtowarzysze z łódek. Sesje zdjęciowe potrwały kilka minut, jednak jako osoby odpowiedzialne postanowiliśmy przypilnować, by stworzenie zwrócić wannie. Siedząc już na łodziach, a właściwie będąc w drodze powrotnej ustaliliśmy, że okaz naszych poszukiwań prawdopodobnie został tam sprytnie podrzucony celem podniesienia walorów estetycznych wycieczki. Szybko dotarliśmy do brzegu, sprawna przesiadka i się zaczęło.Nikt z nas nie wziął prysznica, więc im bardziej stawaliśmy się susi, tym bardziej sól dawała się we znaki. Jedyne marzenie to trafić do hotelu i wziąć prysznic. Na pewno znacie to denerwujące drapanie – naprawdę z czasem stawało się coraz mniej znośne. Ale po drodze niespodzianka – 30 min na „siku” w sklepie z pamiątkami. Miło. Siedząc na fotelach w autobusie staraliśmy się nie poruszać, natomiast propozycja pałętania się po sklepie w którym nie dość że nie mieliśmy ochoty nic kupować, a na pewno za takie ceny, to jeszcze mieliśmy spędzić połowę czasu jaki dzielił nas od prysznica (hotelu). Na szczęście grupa okazała się na tyle zorganizowania, że po szybkiej toalecie i jeszcze szybszej lustracji cen, po 15 min. już wszyscy siedzieli na swoich miejscach. W związku z powyższym pilotowi nie pozostało nic innego jak zaordynować odjazd – nasze szczęście. Po jakichś 30 do 40 min byliśmy w hotelu. Naprawdę poczuliśmy się lepiej. Jeżeli mogę wyrazić jakieś uwagi co do rzeczy koniecznych, w jakie należy wyposażyć się na tą ekskursję, proponuję naprawdę dużo, dużo wody. Nie do picia oczywiście …… Butelki zostawcie sobie w autokarze, a z łodzi wróćcie w strojach kąpielowych.
CDN Wycieczka po Internet….. itp. ….. itd. – ogólnie co na mieściePS. Sorki za zbyt duże poślizgi w pisaniu – mam sporo zajęć. Nie mniej chcę opisać jeszcze kilka spraw (rzeczy), o których ja nie wiedziałem, a które co niektórym na pewno ułatwi życie. Reszta będzie na pewno z podobnym poślizgiem, ale jak widzicie raczej owocna w treść. Osoby zainteresowane proszę o kontakt via mail: chodofca_qrczakuf@op.pl
PS``. Na jednym z postów jakiś nierozgarnięty Amerykanin polskiego pochodzenia pisze o tej samej wyspie jako o Samoa. Naprawdę świadczy to tylko o ich ignorancji i spędzaniu większości czasu przy barze. No cóż nie każdy musi posiadać jakiekolwiek wykształcenie. Ale pewnie się podobało. Na swoje nieszczęście mieliśmy okazję poznać wielu Polaków różnego pochodzenia – większość z nich funkcjonowała na podobnych zasadach. Naprawdę nie chcę nikogo urazić, ale wiele osób robi nam markę. Z Dominikany, prawdopodobnie można wybrać się na fakultatywną wycieczkę na Samoa…. problem tylko w tym które wybierzemy zachodnie czy wschodnie. Resztę głupot i polskiego cwaniactwa pozwolicie, ale pozostawię bez komentarza. Oczywiście nie mówię o wszystkich…..
Rozdział VI - Wycieczka po InternetNa powyższą postanowiliśmy się wybrać w godzinach przed kolacyjnych. Akurat tego dnia mieliśmy rezerwację do jednej z a`la card i to na godzinę 19.30. Chcąc zmieścić się w regułach czasowych zaplanowaliśmy wypad ok. 17. Czas dyktowany był przede wszystkim nieokreślonym czasem jaki mieliśmy spędzić na necie – dwie osoby i każda ma własne interpretacje odpowiadania na maile. Po drugie jak wrócimy wcześniej zawsze jest czas na miłego drinka przede kolacją, oczywiście spędzonego – jak to Kazik Staszewski śpiewał – z przyjaznymi kolegami. Założeń co do czasu nie mieliśmy więc droga wolna. Kafejka internetowa znajduje się vis a vis bramy hotelu - plus parę metrów, ale trudno do niej nie trafić. Oczywiście ceny – 50 % w stosunku do hotelu. Po sprawdzeniu wątków zawodowych, których na szczęście nie było zbyt wiele, ewentualnie nie wymagały natychmiastowej odpowiedzi, lustrowaliśmy z nudów linki na forach. Kilka chwytliwych odpowiedzi i właściwie jesteśmy przed czasem. Czas wyznaczany jest kodem dostępu, który wbijacie na zawołanie kompa. Cena stanowczo ok. 3 USD za 30 min…. niedrogo. Chociaż ja płacę 6 za dostęp całomiesięczny z zachowaniem dużo lepszych parametrów transferu. Co chcieć, wyboru nie ma. Tak czy siak po 20 min. już się nudziliśmy, a pozostałe 10 postanowiliśmy nie odpuścić. Jest godzina 17.50 a my nie mamy co robić do kolacji… no drinki ale hmmm i hhhmm. Jednym słowem szkoda czasu. Postanowiliśmy popełnić zwiad w miejscu zwanym przez kilka przewodników jako centrum handlowe Punta Cana. Po ponad 2 minutach znaleźliśmy się w tej oazie zakupów. Wrażenie hmmmmm dziura handlowa jak zawsze nastawiona na „wydymanie” naiwnych turystów. Ogólnie to 90 % sklepów z tym samym co w innym, plus jedna nawet fajna stacja cygar, oraz jakaś poczta telefon itp. Mi najbardziej odpowiadał sklep z cygarami – miło i dostatnie, poza tym sprawiał wrażenie profesjonalnego zarówno patrząc na wygląd jak i ceny. Częstowany wielokrotnie napaliłem się za darmo i dodatkowo dostałem jeszcze cygaro „do przemyślenia” na drogę.

Reasumując fajnie (ale cygara otrzymywałem wcześniej w innych sklepach) serwowali tu natomiast kilka marek a`la Habana. Nie mogliśmy oczywiście popaść jedynie w moje zainteresowania, w związku z czym musiałem zlustrować parę sklepów będących przedmiotem zainteresowania mojej lepszej połówki. (Dobrze że na tym się skończyło, bo wraz z tow. Markiem przy cygarach spędziliśmy dłuższy, choć nie zauważony przez nas, czas. Ogólnie sklepy jak sklepy, nie wiem co mam polecać centrum handlowe PC czy baraki przy plaży z tym samym badziewiem. Co do cen to wszędzie chcą was wyhaczyć na jak największą kasę. I tu nie ma różnicy. Jak macie pewne zdolności negocjacji w obu miejscach się znajdziecie. Jeżeli chodzi o samo zaopatrzenie……. to samo.Wg mnie fajniej, ale nie koniecznie lepiej jest się wybrać do wioski – ona jednak ma klimat. Jest jakoś bardziej miejscowo, ale nie liczcie na jakiś wyszukany folklor itp. Fajne restauracje – Langusta i Kapitan Cook. Troszku za drogo bo w tańszej Languście cena z kg to 50 USD. Nie wiem dlaczego ale tych specjałów nie serwowali w naszym hotelu, chociaż to owoce morza dość powszednie. W ogóle nie mam pojęcia dlaczego tak mało było tego rodzaju jedzonka w hotelu. Pomijając tą dywagację wybór należy do was. My dotarliśmy na naszą rezerwację, qchnia śródziemnomorska. Smaczna ale nie to co można zjeść w knajpkach nam bliższych.
PS. Next time Lotnisko w PC, w tym zakupy w Duty Free, plus info o możliwości zjedzenia czegoś itp.
PS.` Sorki za wszelkiej maści "ANTY-MIODKI"